Marginalia #9 - skrobanie po marginesach
Ignacy Karpowicz - Ości (wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013)
Ignacy Karpowicz - Ości (wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013)
Przed przeczytaniem tej książki skonsultują się ze swoją mamą lub psychoterapeutą
Gdybym miał podsumować moje wrażenia z lektury Ości Karpowicza jednym tylko słowem, to musiałbym użyć słowa – irytacja. Jest to jednak irytacja wielowymiarowa i miejscami może być nieoczywista. Na każdy bowiem ważny element powieści – jakość prozy samej w sobie, jej politykę i charakteryzacje bohaterów – przypadają elementy podrażniające, irytujące swoją obecnością.
Nie przekraczać zalecanej dawki; dawki pominiętej nie uzupełniać
Wymiar pierwszy. Jakości prozy stoi na poziomie dobrym, ale nie wybitnym. Książka napisana jest potoczyście i czyta się ją dość błyskawicznie i łatwo (co przyznaję, jest pewnym sukcesem we wciąż współczesnej polskiej mainstreamowej obyczajówce). To czego możemy się po języku Karpowicza spodziewać, dostajemy już w pierwszym zdaniu tej książki (i tu Karpowicz jest wybitny): autobus stał wolno w korku i w niepoprawnym związku frazeologicznym. Tu ujawnia się prozy Karpowicza największy irytator – tak napisana jest jej całość. To pospołu z dość chaotyczną intertekstualnością (sam nie wiem, czy ma to być parodia takiego postmodernistycznego stylu, czy zwyczajny błąd warsztatowy) sprawia, że Ości stają się niestrawne (tak jak i ości mają w zwyczaju) i tracą swoją językową apetyczność.
Książka nieprzeznaczona dla osób niestraumatyzowanych życiem rodzinnym, nieposiadających doktoratu i posiadających telewizor
Wymiar drugi. Moja irytacja Ościami na pewno nie jest to spowodowana polityką tej opowieści. Ta jest bez większego zarzutu, tj. zgadzam się z jej ideologicznym jądrem, tj. skoro mi się podoba, to jest słuszna, nawet jeśli jest przy tym ciut zbyt „łatwa”. Problem Karpowicza w tym elemencie książki wynika z tego, że z trudem wychodzi ona po za bycie środowiskową anegdotką, smakowitą opowiastką przekazywaną sobie pośród znajomych. A to wszystko wtedy, gdy aż by się prosiło by w jakiś sposób zuniwersalizować tę opowieść o tworzeniu się dwóch rodzin patchworkowych podniesionych do kwadratu (czy nawet i sześcianu). Nowe, świeże i niebigoteryjne spojrzenie na rodzinę jest bowiem u Karpowicza największą wartością dodaną do dyskursu. Sam Karpowicz w jednym z wywiadów przyznał, że pisze on do przekonanych; jeden z recenzentów wyraził nadzieję, że pozwoli ona odnaleźć swoje miejsce w świecie hipotetycznemu licealiście z małej miejscowości w Polsce (oczywiście wschodniej). Tylko kto odnajdzie się w tych bohaterach – wymiarze trzecim mojej irytacji.
Książka nieprzeznaczona dla (nie)karmiących matek i (bez)kręgowców
Wymiar trzeci. Bohaterowie, konik mój, bowiem konstrukcja ich dotyka mojego wewnętrza, miękkiego, ciągnącego się środeczka. I nie, nie jest to zakamuflowany diss. W Ościach dostajemy pochód postaci barwnych, ujmująco połamanych i wystawiających moją empatię na ciężką próbę. Nie dlatego, że ich nie rozumiem – ja ich nie chcę rozumieć… to znaczy, nie chcę ich w pełni rozumieć… Nie... Zacznijmy jednak ten akapit od nowa.
Trzeci poziom mojej irytacji wynika z tego, że w sporej części tych neurotyków i skrzywień osobowości, w tych skrupulatnie opisywanych przez Karpowicza stanach umysłowych, odnajduję siebie samego – niewiele jest bardziej irytujących doświadczeń czytelniczych, niż rozpoznanie siebie samego w bohaterach, którzy grają nam na nerwach. Gdyby nie to, że jestem uparty, to mogło by mnie to pchnąć do dojścia do wniosków na mój własny temat – dziękuję bardzo, ale nie, nie po to pielęgnuję moją neurotyczną pustkę, którą mam w wyżej wzmiankowanym środeczku, by teraz się z nią mierzyć. Nice try, Mr Karpowicz, nice try.
Postaci, które w ten szczególny sposób na mnie działają, przemawiają do mnie głębiej i mocniej mną poruszają – i irytują w ten bardziej zniuansowany sposób – jest kilka. Ninel – ze swoją rolą dobrej córeczki i intelektualnymi zmaganiami ze światem (znam to), Andrzej – czyścioszek i rutyniarz (praktykuję to), Franek – nad-normals (aspiruję do tego). Wiele razy czytając wyrywki ich myśli, w najmniej spodziewanym ich momencie i detalu, musiałem konfrontować się z echami i powidokami moich własnych praktyk adaptacyjnych, co skutkowało natychmiastowym podrażnieniem i irytacją. Ale z tym mogłem jeszcze wytrzymać, bo wtedy na scenę wchodziła Ona.
Tą, która nużyła mnie najmocniej jest Maja. Narrator wychodzi z siebie, by opisać ją czytelnikowi jako osobę błyskotliwą. Niestety jest to typ błyskotliwości bezobjawowej, bo nie może Autorowi chodzić przecież o to, że Majeczka nasza kochana nie jest w stanie wypowiedzieć trzech zdań, bez postawienia czwartego, idącego całkowicie w poprzek jej dotychczasowego wywodu. Na dłuższą metę ością to w gardle staje (widzicie, co tu zrobiłem? – błyskotliwy jestem). Ale nie jestem w stanie całkowicie jej jako czytelnik odrzucić. Po głowie raczej bym ją pogłaskał, pocieszył może, a później modlił się cichutko (co pewnie byłoby przez nią odebrane, jako rodzaj ataku z mojej strony, bo ten typ osobowości), by nigdy nie chciała do mnie zadzwonić z jednym ze swoich czterozdaniowych mam-niezdiagnozowane-ADHD-help-me monologów.
Substancją czynną książki jest empatia. Książka może zawierać śladowe ilości ości
Jak więc ocenić całość? Co z tego wszystkiego wynika? Czy polecam? Tak, chyba tak. Zanurzenie się w środowisku do którego nigdy nie będę należał – wyższej klasy średniej z możliwością aspirowania do czegokolwiek ponad możliwość obudzenia się rano – daje jakąś poznawczą wartość i pobudza uśpione głęboko neurony lustrzane. Warto je ćwiczyć od czasu do czasu – w tych czasach to wartość sama w sobie.


